piątek, 18 maja 2012

Wróżbiarstwo.

Malfoy znalazł sobie nowy pomysł na nabijanie się z Harrego. Ciągle udaje, że mdleje ze strachu na widok dementora, przez co wszyscy ślizgoni wyją ze śmiechu. Ale Fred i George zawsze jakoś podnoszą na duchu. Mówili nam, że Malfoy o mało nie zesikał się ze strachu, gdy w pociągu był demenor. Draco przyszedł wtedy do ich przedziału.

Dostaliśmy wreszcie plany zajęć. Ron ciągle mnie dopytywał jak to możliwe, że mam 3 lekcje w tym samym czasie. Udało mi się z tego wybrnąć odpowiadając wymijająco, że nie mogę być w 3 miejscach na raz i że uzgodniłam to wszystko z profesor McGonagall.

* * *

Pierwsze 3 lekcje.. Musiałam użyć zmieniacza czasu tak, żeby nikt tego nie widział, co nie było proste. Wróżbiarstwo. Razem z Harrym i Ronem bez skutku próbowaliśmy znaleźć odpowiednią wieżę. Na obrazie był Sir Cadogan, który wyzywał nas od jakiś nędznych szczurów czy coś. Ale jak powiedzieliśmy, że nie wiemy gdzie jest wieża północna, od razu zmienił ton. "Razem dojdziemy do celu lub zginiemy jak rycerze!". Na szczęście znał drogę, dzięki czemu nie spóźniliśmy się na lekcję.
Naszą nauczycielką wróżbiarstwa jest Sybilla Trelawney, która w swoich szalach i chustach, w oparach z kominka wygląda jak jakiś wielki, dziwny owad. W tym semestrze mamy się uczyć wróżyć z herbacianych fusów. Według niej około wielkanocy ktoś z nas opuści nas na zawsze.
Nie lubię tych lekcji i tej nauczycielki. We wróżbiarstwie niby nie pomogą nam książki. Do tego wszystkiego ciągle nam gadała, że mamy "otworzyć swoje wewnętrzne oko".

Zaczęliśmy wróżenie z fusów. Najpierw wypiliśmy herbatę, ustawiliśmy ją do góry dnem, żeby wyleciały resztki napoju, potem obróciliśmy ją trzy razy w lewo i patrzyliśmy. Widzieliśmy jedynie rozmokłe, herbaciane fusy. Jednak gdy profesor Trelawney podeszła do filiżanki Harrego, "zobaczyła" coś więcej. Według niej był tam jastrząb, który oznacza, że ma śmiertelnego wroga. Trochę głośno szepnęłam, że o tym wiedzą wszyscy. Gdy bardzo dziwnie na mnie spojrzała powiedziałam śmiało, że przecież wszyscy wiedzą o Harrym i Sami-wiecie-kim. Potem zobaczyła pałkę - czyli atak. Ron uznał ją za melonik. Czaszka - niebezpieczeństwo na drodze Harrego. Potem krzyknęła, opadła na fotel i wyglądała, jakby dostała zawału. Powiedziała, że to ponurak. Gdy prawie nikt nie wiedział o co chodzi to wyjaśniła, że to najgorszy omen, omen śmierci.

Według mnie to nie wyglądało na ponuraka, co raczyłam powiedzieć na głos, na co profesor Trelawney odparła, że nie nadaję się do tego. Oczywiście ujęła to inaczej.

Klasa przez chwilę wymieniała uwagi na temat, czy to jest ponurak czy nie, po czym Harry się wkurzył i krzyknął:
- Jak już ustalicie, czy umrę czy nie umrę, to mi powiedzcie!
Po tych słowach aż bałam się na niego spojrzeć, zresztą tak samo jak reszta klasy.

* * * 

Następną lekcją była transmutacja, dzisiejszy temat to animagi (czarodzieje, którzy potrafią zamienić się w zwierzę bez użycia różdżki). Cała klasa była oszołomiona po słowach Sybilli Trelawney i po odpowiedzi Harrego, więc zachowywała się nienormalnie, co zauważyła profesor McGonagall. Zdziwiła się, że nie klaskaliśmy, gdy zamieniła się w kota. Pytała, co w nas wstąpiło, więc zaczęłam jej mówić, że mięliśmy wróżbiarstwo, ale nie dała mi skończyć. Spytała, kto ma umrzeć w tym roku. Wyjaśniła nam, że profesor Trelawney co roku przepowiada śmierć uczniów, którzy jak dotąd wszyscy żyją.
Podoba mi się podejście profesor McGonagall do wróżbiarstwa, jest podobne do mojego. Odnosi się do niego dość sceptycznie i uważa, że to jedna z najmniej ścisłych dziedzin magii.
Rozśmieszyła mnie mówiąc, że Harry wygląda zdrowo i nie zwolni go z obowiązku odrobienia pracy domowej. Chyba, że umrze, bo w takiej sytuacji może czuć się zwolniony.

* * * 

Po lekcji transmutacji Ron mimo wszystko cały czas miał ponurą minę. Pytał Harrego, czy nie widział ostatnio ponuraka. Co za głupoty! A Harry odpowiedział, że widział, gdy uciekł od Dursleyów. Powiedziałam, że to pewnie przybłęda. Ron zaczął opowiadać, że jego wuj 24 godziny po zobaczeniu ponuraka był już martwy. Dla mnie zwykły zbieg okoliczności.

* * * 

Pokłóciłam się z Ronem o to wróżbiarstwo.  W pewnym momencie powiedział, że ja po prostu nie mogę ścierpieć, że nie jestem w czymś najlepsza! Oj, tym mnie wkurzył. Odparłam mu, że jeśli być dobrym we wróżbiarstwie oznacza, że widzi się omen śmierci w kupce herbacianych fusów, to chyba przestanę się tego uczyć i że to są bzdury w porównaniu z numerologią. Wyszłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz